Do naszego statku podpływają
„Do naszego statku podpływają dwa holowniki i na pokład
wkracza pilot w asyście kontrolerów sanitarnych. Teraz, klucząc między zaporami sieciowymi, ostrożnie płyniemy ku widniejącym w oddali brzegom.
Mgła powoli rzednie, jakby rozpływa się w powietrzu, odsłaniając najpierw wyniosłą sylwetę katedry Notre Damę de la Gardę, a nieco później leżące u jej stóp miasto. To Marsylia, największy port francuski. Pierwszy etap mojej wojennej tułaczki dobiegł końca.
NA POLACH FRANCJI
W cieniu linii Maginota
Wojskowa ciężarówka mozolnie pokonuje serpentyny szosy, wiodącej zalesionymi stokami nadmorskich wzgórz. Jedziemy do wojskowego ośrodka Camp de Carpiagne, oddalonego o kilkanaście kilometrów od Marsylii. Siedzimy ciasno upchnięci pod brezentową budą, wtulając głowy w podniesione kołnierze płaszczy. Panuje bowiem przejmujący, jakby podszyty wilgocią chłód. Nie tak wyobrażałem sobie klimat południowej Francji.
Dzieje się ze mną coś dziwnego. Zamiast radości ze szczęśliwego dotarcia do celu podróży czuję, jak ogarnia mnie najzwyklejsza chandra. Może wszystkiemu winna pogoda, ten zacinający deszcz i zawodzący w konarach drzew wiatr A może krótkie „powitanie", jakie wygłosił przybyły na molo wraz z przedstawicielem naszego konsulatu pyszałkowaty porucznik francuski Z jego słów wynikało, że dopiero tu we Francji poznamy, co to jest prawdziwa armia. Dzięki jej wielkoduszności nauczymy się, w cieniu potężnej linii Maginota, jak należy bić Niemców... Zażenowany pracownik konsulatu, występujący w roli tłumacza, jak mógł łagodził słowa alianta, ale ja doskonale zrozumiałem ich właściwy sens i lekceważącoprotekcjonalny wydźwięk.“(2)
<<<< W całej historii ciężkich
| - Pani szefowa wszystko >>>>